Ostatnia M Liga

- Categories : Bartosz Borowicz , Cozmobike Team

Nie tak chciałem zakończyć występy w M Lidze w tym sezonie. Był to ostatni wyścig serii w tym roku i ostatni w ogóle. Szkoda… Przejechałem tu wiele naprawdę soczystych kilometrów. Z Mazowsza i okolic  znika najbardziej wartościowy cykl. To dzięki ekipie M Ligii dowiedziałem się, jakie niesamowite tereny do wymagających i trudnych wyścigów mam wokół siebie. Mam głęboką nadzieję, że jeszcze będziemy mieli okazję się spotkać ;)

Sam wyścig w Dąbrówce koło Celestynowa nie poszedł po mojej myśli. Przygotowanie było bardzo dobre, dzień optymalny. Niestety zdarzają się czynniki niezależne od nas…

Ogólny plan na wyścig diametralnie zmienili też zawodnicy Elity, którzy pojawili się na starcie. Maciek Jeziorski (Jezior Bike), Kamil Lach (TSS COACH / SPICA SOLUTION) i Filip Jurdyk (WKK). Nie było wątpliwości, że to Oni będą rozgrywać karty, a my, robaczki, próbowali nadążać.

Z tym nadążaniem to też chyba przesada, bo po zaciągu wspomnianych, czołowa grupa stopniała szybciej niż nadzieja na podium ;)

W zasadzie już po kilku akcentach terenowych została nas grupa 5 zawodników. Jakoś się utrzymywałem wraz z Adamem Andrzejczukiem (iFON KolarzKlub).

Tempo i dynamika świetnych zawodników znanych ze sceny XC była przygniatająca dla kogoś, kto skupia się od dawna na startach w maratonach górskich i zróżnicowanych. Każda hopka czy wyjście z zakrętów oznaczały dla mnie potrzebę spawania tych kilku metrów. Za to świetnie czułem się na piachu i niepewnym podłożu trasy i mogłem nieco łapać oddechu na wirażach i na technicznych fragmentach.

Adam gdzieś po drodze się zakapućkał w piachu. Stracił koło, a to oznaczało momentalną stratę grupy i game over.

Pierwsze 15 minut z trio „koni” było naprawdę srogie. Jazda dla mnie zdecydowanie za mocna, szczególnie na sam początek wyścigu. Nie lubię takiego otwarcia rywalizacji, przyzwyczajony do spokojnych i wyważonych początków z XCM.

Całe szczęście, potem tempo nieco się wyrównało. Dalej cisnęliśmy bardzo mocno, ale już nie miałem problemów z trzymaniem się w grupie, nie musiałem walczyć o życie.

Niestety poważny błąd popełniłem po ok. 30 min. rywalizacji. Na trudniejszej sekcji singli odpuściłem trochę koło, zrobiła się luka kilkunastu metrów. Miałem zaraz dospawać. Jakie było moje zdziwienie, kiedy nagle wylecieliśmy na szuter. Dłuuuga, szutrowa autostrada z wiatrem w pysk.

Niestety, Panowie we trzech od razu docisnęli. Zacząłem gonić, ale… Zawisłem. Nie traciłem, nie zyskiwałem. Mogłem dać w palnik i dospawać. Mogłem to zrobić, ale co potem? Obawiam się, że mogłoby mnie to po prostu „zabić”.

Robiłem co mogłem, ale po 5 minutach stwierdziłem, że to nie ma sensu. Muszę już jechać swoje. Wykorzystać sporą przewagę, którą dała mi jazda z czołową trójką, nie dać się dojechać kolegom z tyłu. Czyli prawie dwie godziny najgorszego scenariusza, jaki może być na tego typu trasie xD

Trasie zdecydowanie mi nie sprzyjającej.

Los jednak miał inny scenariusz. W pewnym momencie, po prawie godzinie rywalizacji, zorientowałem się, że coś jest nie halo. Zacząłem jechać po fragmentach trasy, po których leciałem kilka chwil wcześniej… A tak być nie powinno…

Pojechałem jeszcze kawałek, żeby utwierdzić się w przekonaniu o jakimś fakapie.

Wyklikałem ślad w Garminie… No tak, ewidentna pomyłka. Ale kiedy? W którym miejscu? Nie miałem przecież żadnej wątpliwości, że jadę niewłaściwie.

W tym momencie zapał opadł jak moje ręce… Znowu?!

Ciężko było mi się połapać na tej pokręconej pętli, więc zacząłem wracać po strzałkach, szukając miejsca pomyłki. Zaczęli mnie mijać kolejni zawodnicy, ale brakowało ewidentnie tych, którzy powinni jechać za mną… Coś mi nie pasowało.

Kiedy spotkałem jadącego Jarka i Artura, kumpli z iFON KolarzKlub, totalnie odechciało mi się dalej brnąć. Po prostu dołączyłem do nich i towarzysko kontynuowałem jazdę.

Przy okazji, na spokojnie, mogłem zobaczyć miejsce, w którym pomyliłem trasę.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy na miejscu okazało się, że oznakowanie jest, jest widoczne i nie pozostawiające wątpliwości. Zupełnie inaczej niż kiedy przejeżdżałem tu pierwszy raz…

Po wyścigu dowiedziałem się, że tak samo trasę pomyliła prowadząca trójka. Jakiś cymbał przewiesił strzałki… Te poprawił jadący za nami Kamil Karwat (Haraka Bikes – Ready2Win?), który znał prawidłowy przebieg trasy.

Dokończywszy pierwszą pętlę zszedłem z trasy. Było mi już zimno, byłem wkurzony.

Pocieszała mnie jednak myśl, że tak czy inaczej zgarniam generalkę Open.

Jeśli nie bitwa, to wojna wygrana ;)

Za dwa tygodnie ostatni, bardzo wymagający start w Kielcach. Mam z tą trasą rachunki do wyrównania :)

Przy okazji mam nadzieję na wygraną w generalce MTB Cross Maraton!

Tymczasem jednak, niestety, muszę się bardziej skupić na walce o zachowanie zdrowia niż treningach. Coś wisi w powietrzu… Trzymajcie się zdrowo, do zobaczenia!

Share this content

Dodaj komentarz

  • Register

New Account Register

Already have an account?
Log in instead Lub Reset password