Natury nie oszukasz

- Categories : Bartosz Borowicz , Cozmobike Team

Dziwnych przygód startowych ciąg dalszych. Ciekawy ten sezon, nudy nie ma… Zaczynam mieć obawy przed kolejnymi wyścigami :P

To, że start w Piekoszowie w ramach MTBcross Maraton nie będzie należał do najłatwiejszych, wiedziałem. Ale, że będzie jednym z najcięższych w ostatnim czasie… Tego się nie spodziewałem.

Niestety trzeba zacząć od początku.

Spóźniłem się na start.

Oczywiście, że na miejscu byliśmy wraz z Żonofixem wcześniej, z odpowiednim zapasem czasowym na ogarkę, pogaduchy i dobrą rozgrzewkę.

Ta ostatnia nie była zbyt optymistyczna. Jechało mi się ciężko, podwyższone tętno nie chciało opadać. Czyżby przygód z wyższymi temperaturami ciąg dalszy? Ale to nie ważne…

Kilka minut przed startem nie miałem wyboru, musiałem zaatakować toaletę. No co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Natury nie oszukasz...

Skończywszy to, czego już przerwać się nie da, słyszałem tylko 3, 2, 1… No pięknie.

Takiego sprintu z zakładaniem koszulki, kasku, ładowaniem kieszonek itd. nigdy nie miałem. Niestety,  i tak wystartowałem 2 minuty po czasie.

 

Plan na wyścig miał był dość prosty i rysował się sam. Pierwsze 8 km szybkiej rozbiegówki po polach i szutrach w grupie po kole. Pierwsza pętla trasy Master (najdłuższej) maksymalne oszczędzanie sił w liderującej grupie. Wszystko do pieca na drugiej pętli z próbą budowania przewagi przed powrotem wspomnianym fragmentem rozbiegowym. Tyle w teorii.

Wyszło kompletnie odwrotnie, jak możecie się domyślać. Od startu full ogień, żeby gonić… Pierwszy raz w życiu zobaczyłem, co to znaczą 2 minuty przełożone na tempo czołówki. Byli absolutnie poza zasięgiem wzroku, pomimo bardzo rozległych panoram.

Zamiast więc pomykać schowany za czyimiś plecami, walczyłem ile sił na solo z wiatrem. Super…

Po wjechaniu w teren, na właściwą pętlę wyścigu, nieco mi ulżyło. Mnogość podjazdów i zjazdów pozwalały dość szybko przesuwać się do przodu. Zawodników z pierwszej 10 dojechałem po ok. 45 minutach. Darłem ostro, jechało się naprawdę dobrze!

Na 25 km było dobrze. Miałem już pozycję podiumową (3 Open). Goniłem dalej.

Wtem… Pomyłka trasy. Zanim załamiecie ręce, wiedzcie, że kiedy wracałem szukać poprawnej drogi, zgarnąłem kilkanaście osób, które również pojechały niewłaściwie, bez wyjątku. Miejsce poprawnego skrętu było oznaczone fatalnie, w zasadzie niewidoczne (strzałka jakby od drugiej, niewidocznej strony drzewa, sam skręt zupełnie niewidoczny, bo wiodący ze szlaku leśnego w… Nic. Między drzewa i krzaki. Co zrobić, i tak gonię… Szkoda tylko kolejnych 4 minut w plecy…

Kilka kilometrów dalej dopadłem 2-giego zawodnika Open. Poobijany, ze zgubionym Garminem i… Trasą. Chwilę jechaliśmy dalej. Spokojnie trzymałem koło na szybszych fragmentach, mogłem odsapnąć na zjazdach i fragmentach technicznych. Natomiast to, jak ten gość podjeżdżał to szok! Puściłem w końcu koło, bo nie miało to sensu. Przed nami było jeszcze prawie 50 km wyścigu i żadna sportowa złość nie pozwoli mi takiego tempa wytrzymać xD

W decyzji dodatkowo pomogło kolejne zdarzenie… Na którymś zjeździe postanowiłem nieco dokręcić. Dosłownie kilka obrotów korbą… To był błąd, bo nie zauważywszy ukrytego kamienia, przedzwoniłem weń prawym pedałem. Uderzenie poczułem nawet w zębach, a dźwięk rozpadającego się metalu ochłodził mnie szybciej niż kubeł zimnej wody.

Awaryjne hamowanie i oględziny roweru, ocena sytuacji. Pedał rozwalony. Jedna strona rozsypana, druga w miarę OK. Dało się wpiąć i jechać, choć jakość i pewność trzymania buta wątpliwa. Przy każdym mocnym pociągnięciu czy szarpnięciu noga poza burtą. Słabo. Szczególnie, kiedy naprawdę korzysta się niemal cały czas z możliwości obrotu 360* w pedałach zatrzaskowych.

Było to na ok. 38 km. Zaraz przed możliwością zjazdu w stronę mety i skrócenia sobie męki.

Uznałem jednak, że nie ma miękkiej gry. Jestem na pozycji medalowej, z dość chyba sporą rezerwą z tyłu. Nie można odpuszczać.

Z każdym kolejnym kilometrem coraz bardziej żałowałem tej decyzji :P Jazda na prostych fragmentach (a nie było ich wiele) nie sprawiała problemu, ale techniczne sekcje, a w szczególności podjazdy, jechało mi się fatalnie, źle, nieswojo.

Niestety też narzucone wcześniej tempo zaczęło dawać o sobie znać. Do tego lekko narastający dyskomfort w stopie (zapewne coś przejęła podczas uderzenia) i ten pieprzony pedał…

Większość drugiego okrążenia było walką o generowanie jakichkolwiek sensownych watów. Nie miałem już wiele pod nogą.

W pewnym momencie dojechał do mnie 4-ty zawodnik, z którym zmieniłem się miejscami. Udawało się Pawła Chrząszcza (KSPO DENTINEA 1A) trzymać na dystans ok. 15-20 sekund. Po 3-3,5 godzinach rywalizacji potrafię mieć jakieś nawroty energii. Czekałem na tą możliwość dojechania i uratowania pudła Open. Niestety, w pewnym momencie Paweł po prostu zniknął.

Jechałem już swoje, ile mogłem, zgarniając z bufetu dolewkę do pełna i garść ciastek.

Na 12 km do mety dojechałem do zawodnika, którego spotkałem wcześniej przed połową wyścigu. Nie myliłem się – zajechał się kompletnie, narzucając sobie takie tempo w tak wczesnej fazie wyścigu.

Odzyskałem w ten sposób miejsce podiumowe.

Na metę wjechałem na 3-ciej pozycji Open, 2 w kategorii wiekowej. Oczekiwania miałem inne, ale zważając na całą sytuację, uznaję to za mega wyczyn :P

Strata do zwycięskiego Pawła Chrząszcza (który zdołał jeszcze wyprzedzić przed metą Janka Czaplińskiego z KOMOBIKE SCOTT, który był liderem przez cały wyścig) wyniosła jedynie 107 sekund.

Tak niewiele…

Także tak… Nie chcę wiedzieć jakie jeszcze przygody mnie czekają :P

Teraz chwila oddechu od ostatnich, intensywnych startów.

Share this content

Dodaj komentarz

1 komentarze

Przemek - 2023-06-16 13:58:12


Fajny wilier. Taki jak mój. Widziałem Cię w Daleszycach i zastanawiałem się kto Ty. ;) No to już wiem. Od Wertykala?

  • Register

New Account Register

Already have an account?
Log in instead Lub Reset password