Bartek Chęciny

- Categories : Bartosz Borowicz , Cozmobike Team

Co prawda do samego końca nie byłem pewien startu tego dnia, to jednak zdecydowałem się podjąć próbę obrony zwycięstwa z zeszłego roku. W sezonie ’22 ścigaliśmy się w Chęcinach w maju przy mega optymalnej pogodzie. Było dość chłodno i zupełnie sucho. Rower po wyścigu był ledwie przykurzony, co na standardy „ŚLR” jest niesłychane!

W tym roku pogoda w tygodniu przed startowym była kapryśna. W przeddzień wyścigu lało, a w samą niedzielę było gorąco, a przede wszystkim nieznośnie parno. Warunki, które ostatnimi czasy bardzo mi doskwierają.

Sama trasa była bardzo podobna do tej z zeszłego roku. Czyli bardzo dobra i zróżnicowana.

Miałem jakieś swoja założenia na ten wyścig. Pierwsze 25 km czujnie w liderującej grupce, cokolwiek by to znaczyło. Pierwsza pętla najciekawszego fragmentu trasy (ok. 15 km) spokojnie, bez wychylania się i druga, ta sama pętla ogień. Na koniec 5 km dojazdów ki do mety w zależności od potrzeb ;)

Jak wiecie, plany swoje, życie swoje.

Jakoś tak wyszło, że zbudowałem samotną, małą przewagę już o 13-tego kilometra. Było to kompilacja kilku podjazdów i ciekawszych zjazdów. Nie chciałem przesadzać, więc nie walczyłem szczególnie o utrzymanie przewagi.

Na 20-tym kilometrze widziałem za plecami 3-osobową grupkę. W wyniku obrania niewłaściwej drogi na trasie minęła mnie. Chwilę pojechaliśmy razem.

Dosadziłem na dość technicznym, długim podjeździe, zdobywając przewagę – którą tym razem chciałem już trzymać, bo zaraz miała rozpocząć się 1 pętla trasy. Na niej mnogość ukształtowania terenu, który mi sprzyjał. I faktycznie, szybko udało się znacznie odjechać, stopniowo budują przewagę. Jednocześnie trzymałem się założenie, żeby na 1 pętli nie przesadzać i trzymać spora rezerwę, bo wiedziałem, co oferuje trasa w dalszej części.

Żeby jednak nie było aż tak kolorowo… Z każdym kilometrem świeżości zaczynało brakować. Nogi coraz słabsze, oddech i tętno coraz mniej optymalne. Niestety, zaczął dopadać mnie problem z totalną duchotą i „parówą”.

Na drugiej pętli musiałem zrewidować plany i możliwości. Nie „poprawka” a raczej utrzymanie jakiegokolwiek, sensownego tempa. Serio, to nie było już takie łatwe…

Kilka podjazdów weszło na rzęsach, ledwo ledwo…

Ostatnie 5km do mety umęczyło mnie okrutnie. Sporo podłoża trawiastego, kilka stromych „hopek”… W pewnym momencie nawet w głowie już zawirowało. Byle do mety…

Tą przekraczam jako zwycięzca Open. Uf!

Po opadach i przy tej pogodzie ta trasa zmieniła oblicze. Ogromna część podłoża „ssała” rower do gruntu. Błoto urozmaicało rywalizację tylko w kilku miejscach, lecz obficie. Miejsc, gdzie generowało się duże Waty a stało się w miejscu, jak się wydawało, było wiele. A to męczy zarówno fizycznie jak i psychicznie.

Kolejny start w planach to już naprawdę górskie ściganie – Bielawa zawsze oferowała najwyższy stopień trudności. Fajnie będzie wrócić w swoje rejony!

Share this content

Dodaj komentarz

  • Register

New Account Register

Already have an account?
Log in instead Lub Reset password