Z niedzielnego wyścigu M Liga z okolic Józefowa przygotowałem dwie relacje.

Bartosz Borowicz

Z niedzielnego wyścigu M Liga z okolic Józefowa przygotowałem dwie relacje.

Pierwsza niech będzie oficjalna i niech się niesie ;)

Otóż - zwycięskiego tego dnia Kamila Karwata (Elvelo Factory Team) puściłem na kresce.

Toż chłop pod domem się ścigał, rodzina patrzyła, niech mu będzie...

Tak było! Serio! Ale nie do końca...

Chcąc być nieco skrupulatniejszym, można przedstawić wyścig z ostatniej niedzieli w większych szczegółach, rysując ciekawą historię faktycznego zwycięstwa Kamila.

Start wyścigu był "ciekawy" - 1,5 kilometrowa pętla rozbiegowa miała ułożyć liczny peleton przed wjazdem na soczyste górki i single. Niestety, cała grupa przestrzeliła jeden skręt, co wprowadziło natychmiastowy chaos i odwrócenie zamierzonego celu "rozbiegówki".

Całe to zamieszanie wykorzystał najsprawniej Michał Kamiński (7R Rowmix Team p/b 72D), który od pierwszych górek zarzucił pełną moc. Mała grupka liderów poszła jego śladem, choć nie długo, bo Michał uszkodził oponę. Dosłownie chwilę po nim, ten sam los przytrafił się Łukaszowi Góralewskiemu (KK Catena Wyszków). Dwóch mocarnych zawodników poza wyścigiem, a nie ujechaliśmy chyba nawet 5 km...

Niestety, sam nieraz doświadczyłem zdradliwości tutejszych niespodzianek ukrytych między korzeniami...

 

Fot. M Liga / Zbyszek Kowalski

Kilka chwil później zostałem sam na sam z Kamilem. Nasza wspólna jazda trwała całą pierwszą pętlę. Obyło się bez heroicznych ataków, złośliwości i napinania, choć tempo do wycieczkowych na pewno nie należało. W zasadzie na moim komputerku rzadko kiedy pojawiały się cyfry poniżej 300 W...

Jakoś tak samo wyszło, że po sekcji ścianek Góry Lotników zacząłem odjeżdżać koledze. Zupełnie nie było moją intencją atakowanie w tym momencie. Plany były inne, ale te na wyścigu trzeba często weryfikować. Skoro zrobiła się spora przewaga bez szczególnego zwiększania wysiłku, postanowiłem nieco podkręcić tempo. Nie byłem pewien czy to dobry pomysł, ponieważ nogi tego dnia nie należały do zbyt chętnych do pracy. Jakieś takie obolałe, puste...

Niestety, przyszedł czas na opłacenie rachunków. Elektryk z terminalem płatniczym wyskoczył z krzaków po spokojniejszych, wypłaszczonych sekcjach trasy, gdzie przez dłuższy fragment trzeba było utrzymywać soczystą moc. Moje szałowe 65 kg woli jednak jazdę pod górę i dynamikę, jakąkolwiek. Fragment ten ostatecznie mnie też wyziębił (a, nie wspominałem, że było 6*C, pochmurno a ja bardzo nie lubię takich warunków?). Organizm już nie był w stanie się dostatecznie dogrzać i Panu Elektrykowi mogłem tylko spojrzeć w oczy i przyjąć karę.... A ta była przykra i znana każdemu z nas - odłączenie prądu. Po rozpoczęciu kolejnych (trwających już praktycznie do mety) sekcji stromych podjazdów, singli itd. wygenerowanie 270W było już wyczynem. Wiedziałem już, że jest źle. Że jak dalej tak pójdzie, to nie utrzymam bezpiecznego prowadzenia. Nie wiedziałem tylko, że kasacja nastąpi tak szybko.

Kamil dojechał do mnie na ok. 10 km do mety. Ten moment spojrzenia sobie w oczy i śmiech - bezcenny : )  Chyba w jednej sekundzie obaj zrozumieliśmy jak to się rozegra. Robiłem dobrą minę do złej gry...

Ale! Nie ma lekko. Kilka głośnych przekleństw i gadek motywacyjnych (w myślach, mam nadzieję...655555555555) dało mi nieco kopa.

W ostatnich momentach wyścigu Kamil zasadził takiego kopa pod Górę Lotników, że chyba wolałbym już po prostu spaść z tego roweru gdzieś w rów i tam pozostać... Ale jak wspominałem - nie ma lekko, nie ma miękkiej gry. Poważnie - na kilka sekund zrobiło mi się ciemno przed oczami. Jakoś to utrzymałem.

 

Na ostatnie, płaskie i szybkie fragmenty trasy prowadzące nieuchronnie do mety, wjechaliśmy grzecznie. Ja nawet dopiąłem buty, jak to rasowy sprinter (ha ha?). W sumie nawet tego nie czułem, bo stopy były już tak zmarznięte. Bez różnicy. Ale niech Kamil wie, że ma przerąbane, a co.

Nawet nie specjalnie się czarowaliśmy. Ostatni zakręt 90* w prawo, chwila uprzejmości i postanowiłem zrobić powtórkę z zeszłego roku, która okazała się sukcesem mimo walki z dużo mocniejszym w finiszu zawodnikiem.

Dość wczesny, niespodziewany atak. Szło nieźle. Słyszałem rower Kamila tuż za mną po prawej, ale nie przybliżał się jakoś szybko.

Instytucje takie jak Elektryk nie są jednak zbyt wyrozumiałe. Tym razem ujek po prostu wyrwał wtyczkę z gniazdka i game over. Siadłem, puściłem i skończyło się rumakowanie.

Kamil wpada na kreskę przede mną.

 

No mówiłem, że go puściłem, po co drążyć? ;)

 

Fot. Podkręć Tempo / Jarek Bożeń 

Cóż, 2-gie miejsce cieszy oczywiście, choć niedosyt jest. To nie był mój dzień, ale i tak się cieszę - ze względu  na przenikające zimno ale i fakt, że 5 dni przed startem jeszcze ledwo na nogach stałem (przed weekendem poprzedzającym start przeczołgało mnie okrutnie? Nawet otwarte oczy były ponad siły... Kilka dni dochodziłem do siebie).

 

M Liga przyzwyczaiła nas do naprawdę soczystych i wartościowych tras rzut dętką od domu. Najpierw świetna trasa w Łodzi, teraz taka petarda pod Warszawą... Super! A wiem, że ma być jeszcze ciekawiej na kolejnych edycjach.

Niedziela Poniedziałek Wtorek Środa Czwartek Piątek Sobota Styczeń Luty Marzec Kwiecień Maj Czerwiec Lipiec Sierpień Wrzesień Październik Listopad Grudzień