Po 5 latach wróciłem na trasy Mtbcross Maraton.

Bartosz Borowicz

Po 5 latach wróciłem na trasy Mtbcross Maraton. Cyklu, który, mam wrażenie, żyje obok innych, zupełnie niewzruszenie omijając modę na skracanie i ułatwianie wyścigów MTB. Cyklu, który zawsze zrzeszał entuzjastów czystego MTB. Do tego w zasięgu jednodniowego wypadu z naszych mazowieckich rejonów. Ostatnio zabawiłem tu w 2017 roku, niezbyt udanie rywalizując w Miedzianej Górze. Tym razem, w Chęcinach, poszło już znacznie lepiej :)

Start w Chęcinach zapisany miałem w kalendarzu jako treningowo-testowy, przed serią wyścigów typowo górskich. Początek sezonu poświęciłem głównie na krótsze i bardziej dynamiczne ściganie.

Wyścig "kontrolny" nie oznacza jednak mniejszej wagi i bagatelizowania startu. Przygotowywałem się do niego solidnie. 

O trasach w Chęcinach słyszałem wiele dobrego. Tym razem do przejechania na najdłuższym dystansie było ponad 62 km, gdzie zgromadzono soczyste ~1700 m przewyższenia. Przyznaję, trasa była rewelacyjna - bardzo zróżnicowana, wymagająca i pozwalająca nieźle się upodlić - Na starcie mocarne nazwiska - zapowiadało się naprawdę świetne ściganie.

Początkowe kilometry przejechaliśmy w peletonie niespotykanie lekko i przyjemnie :) Niedługo jednak trzeba było czekać na pierwsze podkręcanie tempa. Kilku zawodników zaczęło zarzucać solidniejsze waty, lecz pierwszych kilka wzniesień oddzieliło najmocniejszą tego dnia grupę. W zasadzie do połowy dystansu jechaliśmy w miarę spokojnie i rozważnie, co jakiś czas tylko przykręcając śrubę. W połowie dystansu nastąpiła chwila przełomowa ? Piotrek Truszczyński (KOMOBIKE SCOTT) dołożył do pieca na długim, mega stromym podjeździe. Jego tempo utrzymałem tylko ja i Jego team-owy kolega Janek Czapliński. Gdzieś za nami pojawiał się też regularnie bardzo mocny Daniel Packi (Lider Team Opoczno). Od 30-tego kilometra zaczęła się solidna jazda. Zauważyłem, że mam tego dnia sporą przewagę techniczną, co pozwalało szybko i bezpiecznie pokonywać zjazdy, po których mogłem nieco oszczędzać siły. Tymi zacząłem dysponować śmielej na kolejnych podjazdach - czułem się świetnie, nogi podawały rewelacyjnie. Korzystałem z dobrego dnia.

Po kolejnej porcji podjazdów i zjazdów wypracowałem przewagę. W pewnej chwili na tyle dużą, że nie było już odwrotu - wszystko albo nic. Ostatnie kilkanaście kilometrów jechałem już solo. Na 100%, ale rozważnie. Nie wiedziałem jaką mam przewagę, choć czułem, że jest dobrze.

Wyścig wygrałem z 2,5 minutową przewagą nad zawsze szalenie mocnym duetem z KOMOBIKE. To był świetny wyścig - naprawdę kultowa trasa, świetna obsada, sprawna i sympatyczna organizacja. Chyba muszę częściej tu wpadać :)

Mój Specialzied Epic dostał w końcu pod koła solidny teren. Spisał się jak zawsze - rewelacyjnie. Już nie mogę doczekać się kolejnych górskich wypadów.

Zdjęcia roweru: Bartosz Borowicz.

Niedziela Poniedziałek Wtorek Środa Czwartek Piątek Sobota Styczeń Luty Marzec Kwiecień Maj Czerwiec Lipiec Sierpień Wrzesień Październik Listopad Grudzień