Jelenia Góra UCI MTB Marathon Series - mamy podium!

Bartosz Borowicz

Są takie wyścigi, w których udział z góry jest skazany na solidny łomot. Niewątpliwie impreza rangi UCI HC, gdzie startuje się z jednego sektora z aktualnym mistrzem świata w maratonie i jemu podobną śmietanką tej dyscypliny z krajów wszelakich, jest proszeniem się o kompleksy i doła. Na szczęście wymyślono licencje amatorskie, gdzie nadal mogąc poczuć ściganie na najwyższym poziomie, rywalizujemy z  podobnymi sobie.

 

Start w Jeleniej Górze w ramach BM od lat traktuję jako jedną z najfajniejszych imprez sezonu. Zawsze świetna, urozmaicona i wymagająca trasa. Fachowa organizacja, pogoda jak na zamówienie i po prostu kawał solidnego wyścigu. Jak do tego dodać możliwość startu w ramach UCI MTB Marathon Series - trzeba tu być. A przynajmniej warto.


W tym roku mam jednak uczucia nieco mieszane. Trasa okazała się być licha. 90 km i 1750 m przewyższenia, a większość po mało ekscytujących polanach, duktach i terenach jakby bardzo niechcących wjechać w pobliskie, prawdziwe wyrypy. Było kilka technicznych smaczków, ale spodziewałem się więcej. Szczególnie po imprezie tej rangi. Wiele fragmentów było bardzo szybkich, co odbiło się na ogromnej ilości ,,rozbitków" i DNF'ów.

Mnie też trafiło - długi, bardzo szybki zjazd po polanie. Dwóch zawodników przede mną, koło w koło. Po co na winklu wytracać prędkość, jak można było ciąć obok polanką? Przy okazji odkryć, że przez polankę przebiegał zarośnięty rów melioracyjny. Pierwszych dwóch przeleciało, ja... Nie doleciałem. Niczym wojowniczy żółw ninja przeturlałem z dobre kilkanaście metrów. W tym czasie językiem omiotłem zęby na pamiątkę, lewa ręka pomachała do prawego barku, prawa poklepała lewy obojczyk... Tymczasem po sekcji gimnastycznej podniosłem się jak sprężynka, otrzepałem kurz, wziąłem rower (który zaparkował sobie obok) i pojechałem dalej. Jakby nigdy nic - tym razem się upiekło...

 

Po pierwszej pętli dystansu giga czułem niedosyt ze swojej jazdy - mogłem mocniej to pojechać! Tymczasem od samego startu, gdzie poszedł taki gaz, że Mazovia z dobrych czasów mogłaby się schować, jechałem 100% swoje. Totalna kontrola watów, zapas ,,na potem". Dopiero druga runda tej z pozoru łatwej trasy pokazała, że ta strategia wyszła na dobre. Zaplanowany zapas okazał się być już siłami i możliwościami na ?styk". Starczyło jeszcze na mocne pokonanie kilku podjazdów by dokonać selekcji i na atak na ostatnim kilometrze by ostatecznie urwać Niemca przed techniczną sekcją przed finiszem. Ale potem? Zgon za kreską i litry wody, którą nie mogłem się nasycić.

 

Druga runda w ogóle była mało przyjemna. Dawno nie pamiętałem takiego chaosu wynikającego z wyprzedzania zawodników z krótszych dystansów. Mam zasadę - kiedy wyprzedzam, zawsze rzucam ,,lewa / prawa w miarę możliwości! Dziękuję!". Nie rozpycham się, nie wymuszam i rozumiem, że czasem naprawdę trudno jest puścić szybszego zawodnika, nawet przy szczerych chęciach. Przyjmuję to jako część rywalizacji, która dotyczy każdego z moich bezpośrednich rywali. Swoją drogą - zagraniczni goście byli tego dnia wyjątkowo szorstcy w torowaniu sobie drogi...

Co gorsza, pierwszy raz w mojej długiej już historii ścigania, przyczyniłem się do kraksy innego uczestnika. Tak, grzecznie poprosiłem o przejazd. Trzy czy cztery osoby przede mną od razu zrobiły mi miejsce, więc wyprzedzałem. Niestety ostatnia z tych zawodniczek nieco zbliżyła się w moją stronę. Ja nie miałem gdzie uciec, Ona już nie opanowała, zaliczając konkretne przyziemienie. Początkowo duże nerwy okazały się niepotrzebne, wszystko było OK. Pomimo tysiąca pytań o stan, czy w porządku itd., straszny moralniak mi pozostał... Pomimo, iż w zasadzie niczyja to była wina. Trzeba uważać, bardzo. A nawet bardziej, bo nawet poważne podejście do tematu wyprzedzania wolniejszych zawodników nie gwarantuje bezpieczeństwa obu stron.

Kiedy jednak potem najechaliśmy na grupy ,,spacerowiczów" na zjazdach to sympatycznie nie było. Głośne ,,zjazd wolny!!!" całe szczęście okazywało się zrozumiane i uszanowane.

 

Rywalizację kończę na 71 miejscu Open, wśród prawie 170 zawodników. Takiej mocnej i międzynarodowej obsady jeszcze nie widziałem :-)  Wiadomo jednak, że bezpośrednio rywalizowałem z zawodnikami z licencją Masters (M3) i tu uznaję wynik za sukces ? staję na 2-gim miejscu podium! Jak wiadomo, ,,gdyby'' to ulubione słowo polaków - gdyby nie przykra sytuacja na trasie opisana wyżej, byłoby kilka oczek wyżej w Open, a 1 w M3 dość blisko, blisko :-)

Zdjęcia robiła Weronika "Żonofix" Borowicz ;)

Niedziela Poniedziałek Wtorek Środa Czwartek Piątek Sobota Styczeń Luty Marzec Kwiecień Maj Czerwiec Lipiec Sierpień Wrzesień Październik Listopad Grudzień